Cześć!

Dzisiaj dzięki uprzejmości Krzysztofa Hołowczyca przygotowaliśmy dla Ciebie wywiad, z najlepszym polskim kierowcą rajdowym – o pasji do motoryzacji. Bez zbędnych szczegółów już teraz zapraszam Cię do przeczytania 🙂

1. Jakie były początki Pana przygody z motoryzacją? Od czego wszystko się zaczęło?

To było w pierwszej lub drugiej klasie podstawówki. Latem, jak co roku, razem z rodzicami wybraliśmy się na plażę, nad jezioro pod Olsztynem. Jechaliśmy naszym pierwszym, dużym Fiatem 125p. W pewnym momencie zakomunikowałem tacie, że ja też potrafię jeździć samochodem. Nie tylko trzymać kierownicę, ale potrafię też sam odpalić, wrzucić bieg i ruszyć. Tata jeszcze nie był tego świadomy, ale mimo to nie zaprotestował, zatrzymał samochód, a ja wskoczyłem pomiędzy jego kolana. Mama była przerażona lekkomyślnością taty. Ale widziała, jak bardzo palę się do kierownicy i nie protestowała zbyt długo. Kiedy już zasiadłem na kolanach ojca, ledwo wystawałem zza kierownicy. Żeby wcisnąć sprzęgło musiałem się jeszcze bardziej pod nią zsunąć. Wrzuciłem bieg, i kiedy usłyszałem, że silnik pracuje na wyższych obrotach, zacząłem wolno puszczać sprzęgło i dodawać gazu. Przy
pierwszej próbie auto skoczyło do przodu i zgasł silnik. Przy drugiej próbie samochód ruszył. Znów się zsunąłem, żeby ponownie przycisnąć sprzęgło i zmienić bieg. Tata oniemiał, i długo nie mógł wyjść z podziwu: „Ale jak to? Ty sam? Skąd wiedziałeś o sprzęgle?” – pytał. A ja jeżdżąc z nim, nie gapiłem się za okno, tylko zawsze bacznie go obserwowałem. Po tym pierwszym razie rozpierała mnie duma. Tata całej rodzinie i wszystkim znajomym opowiadał o moim wyczynie. Jednak jeszcze w te same wakacje postanowił nauczyć mnie cofania. Z trudem wrzuciłem bieg wsteczny i nic nie widząc przez oparcie fotela ruszyłem. Ale zamiast w pewnym momencie wcisnąć sprzęgło i zahamować, ja jeszcze bardziej dodałem gazu. Nagle znaleźliśmy się w rowie. Samochód stanął prawie pionowo do góry, drzwi nie chciały się otworzyć, a my nie mogliśmy wysiąść. Ja bardziej niż przerażony wypadkiem, zaciekawiony byłem, jak taka pozycja samochodu w ogóle jest możliwa. Na szczęście nic nam się nie stało, a auto tylko trochę było porysowane. Tata zachował jednak spokój, więc i ja nie spanikowałem. To mnie tak zachęciło, że tuż po wakacjach chciałem zaprezentować kolegom swoje umiejętności, tym razem już bez taty. A że samochód stał otwarty w garażu, więc wsiadłem, odpaliłem i tak dodałem gazu, żeby chłopaki usłyszeli ryk silnika i byli pod wrażeniem. Nie zauważyłem jednak, że kierownica była skręcona. Kiedy samochód wystartował z garażu, już po dwóch sekundach wylądował na ogrodzeniu. Drzwi i błotnik nadawały się do klepania. Tata i tym razem okazał się bardzo wyrozumiały. W ten sposób powoli klarowała się moja przyszłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę kierowcą rajdowym, ale już wtedy bardzo mnie do samochodów ciągnęło…

2. Co było momentem przełomowym w rozwoju Pana kariery?

Uważam, że Rajd Polski w 1995 roku okazał się przełomowym momentem dla całego sportu motorowego w Polsce, a dla mnie było to niezwykłe doświadczenie, które odmieniło moje życie. Wcześniej przyjeżdżaliśmy na Rajd Polski, tylko jako zawodnicy reprezentujący nasz kraj, od wielu lat nikt nie potrafił zbliżyć się do czołówki, do załóg zagranicznych, które walczyły o mistrzostwo Europy. Myślę, że moment, w którym udało się nam wywalczyć
zwycięstwo w prologu i drugie miejsce na mecie rajdu, sprawił, że Polacy zainteresowali się rajdami samochodowymi. Niektórzy fachowcy mówią, że był to rajd przełomowy, bo zaczęliśmy w końcu walczyć z europejskimi załogami, jak równy z równym.

3. Jak wygląda przygotowanie do rajdu Dakar z punktu widzenia kierowcy?

Grunt to dobre przygotowanie. Trzeba dbać o formę, ja dbam o swoją przez cały rok. Staram się codziennie biegać moje 7 kilometrów, a latem bardzo dużo jeżdżę na skuterze wodnym i na nartach wodnych, a nawet motocyklem crossowym po lesie. Wszystko jak widać wiąże się z motosportem, ale zawsze jest to zabawa bardziej wyczerpująca, niż intensywne ćwiczenia na siłowni. To pozwala mi być zawsze gotowym do nadludzkiego wysiłku, jakim był start w
Dakarze i innych rajdach terenowych. Jeżeli chodzi o przygotowania końcowe to niestety, ale intensywne przygotowania do rajdu potrzebują różnorodności terenu jak i klimatu, dlatego do Rajdu Dakar często przygotowywałem się poza Polską. Dakar to przecież nie tylko pustynne piaski, ale też twarde kamieniste bezdroża. W RPA, na przykład na skalistych i szutrowych trasach testowałem samochody. Później w okolicach Dubaju, próbowałem swoich sił na ogromnych, pustynnych wydmach. W Dubaju są znakomite warunki do treningu wytrzymałościowego w warunkach zbliżonych do rajdowych oraz niekończąca się pustynia wokół. „Czytanie” piaszczystych wydm może być kluczowe podczas Dakaru. Podjeżdżając pod wydmę nigdy nie wiemy, co czeka nas za szczytem. Im lepiej rozpoznajemy wydmy tym potem mniej przykrych niespodzianek. Nad tym elementem przygotowania najlepiej pracowało mi się właśnie tam.

4. Jaki był najtrudniejszy moment w Pana karierze?

To właśnie pierwszy Dakar dał mi tak bardzo w kość, że po dotarciu na metę powiedziałem sobie „nigdy więcej” i długo się tego trzymałem. Jednak pomimo tego postanowienia, myśli o tym co poprawić, jak lepiej przygotować się fizycznie i psychicznie nękały mnie dzień i noc. I naszło mnie pytanie: „może warto tam wrócić? Spróbować raz jeszcze? Udowodnić coś sobie i innym?”. Z Dakarem jest jak z nieuleczalną chorobą, siedzi w człowieku i co jakiś czas daje o sobie znać. Stąd też od tamtego czasu nigdy nie mówię „nigdy”.

5. Czy miał Pan swojego idola/ mentora?

Od zawsze moim idolem był Juha Kankkunen, czterokrotny mistrz świata. Imponował mi bardzo jego styl jazdy. Dochodzenie do zakrętów długimi bokami, sterowanie samochodem bardziej gazem niż kierownicą, co skutkowało bardzo widowiskowym stylem jazdy. Myślę, że w mój styl jest bardzo podobny. To Juha powiedział mi przed pierwszym moim Dakarem, że jak z niego wrócę, to będę już zupełnie innym człowiekiem i tak się stało.

6. Co pomogło Panu przezwyciężyć trudności?

Najważniejsze to budowanie siły i odporności psychicznej. Jestem jednym z pierwszych polskich sportowców, którzy uczestniczyli w programie Mental Win. Trzeba też posiąść umiejętność, jak szybko odpoczywać, jak się motywować. Ważne są techniki relaksacyjne i metody zrzucania z siebie stresu. Trzeba zacząć od nauczenia się odczuwania swojego ciała. Od koniuszków palców aż po czubek głowy. Dopiero wtedy można doprowadzić do szybkiego rozluźnienia organizmu. Kiedy jest bardzo trudna sytuacja, zdarza się czasami
jakaś mała łezka, ale staram się to skrywać. Zdarza mi się zapłakać ze złości, z niemocy, kiedy wizja zwycięstwa się oddala. Wtedy odnajduję głęboko w sobie wiarę w swoje siły i szybko motywuję się do działania.

7. Co doradziłby Pan ludziom młodym chcącym osiągnąć postawione sobie cele?

Myślę, że zawsze trzeba bezkompromisowo dążyć do osiągania zamierzonych celów. Nie tylko tych sportowych, ale także życiowych. Dodatkowo warto podnosić sobie poprzeczkę coraz wyżej i dalej starać się zrealizować te plany. Przeciętniacy zawsze będą przeciętniakami. Na sukces natomiast trzeba sobie ciężko zapracować. Nie wolno dopuścić do tego, żeby być przeciętnym. Trzeba się wykazać ogromną determinacją, uporem i nie wolno się zrażać, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Trzeba przezwyciężać porażki i pokonywać przeszkody. Potrzebna jest niezłomna wiara w sukces i umiejętność traktowania porażki jako jednej z części trudnej drogi na szczyt kariery. Upór, wiara i poświęcenie gwarantują stały postęp w drodze do zwycięstw. Trzeba tylko bardzo tego chcieć, walczyć do końca, a czasami warto zaryzykować (szczególnie w sporcie).

To już koniec naszego wywiadu z Panem Krzysztofem. Mam nadzieję, że Jego historia była dla Ciebie inspirująca 🙂

Miłego dnia!